MIĘDZY NAMI
Co Bóg zrobił szympansom?, Jerzy Sosnowski, Wydawnictwo Wielka Litera Warszawa 2015, s. 352.



Najpierw wyznanie. Bardzo lubię Jerzego Sosnowskiego. Jego sposób pisania, prowadzenia myśli, mówienia. Nie znamy się. Widzieliśmy się trzy razy, choć słowo widzieliśmy jest dużym nadużyciem. Byłam jedną z kilkudziesięciu osób, które przyszły na spotkanie z nim. Zamieniliśmy parę zdań, wymieniliśmy kilka maili.

Na przekór wszelkim badaniom i statystykom, które mówią o tym, że w ubiegłym roku 19 milionów Polaków nie przeczytało ani jednej książki, należę do tej szczęśliwej grupy, która czyta i czerpie z tego sporo radości. Przy Jerzym Sosnowskim czuję się jednak, jakbym była w literackim żłobku. Mam nawet nieśmiałe podejrzenie, że Sosnowski przeczytał wszystko, co napisano, a przy tym w zaskakujący sposób zapamiętuje fabuły, dialogi, wydarzenia i losy bohaterów. Potrafi o tym opowiadać i pisać, przeskakując z książki do książki. Od bohatera do bohatera. Od cytatu do cytatu. Więc mnie zawstydza.

Jerzy Sosnowski pisze interesująco, zastanawiająco, w charakterystyczny dla siebie sposób, którego nie potrafię określić. Uważnie śledzi życie, odważnie je komentuje. Czasem szorstko, pod włos, na złość modom i poprawnościom politycznym. I choć jak diabeł święconej wody unikam czytania blogów, w przypadku Jerzego Sosnowskiego robię wyjątek. Zaglądam na jego stronę, czekając na kolejny wpis w Dzienniku.

Po takim wyznaniu muszę się przyznać jeszcze do tego, że po najnowszą książkę Sosnowskiego sięgałam z pewną ostrożnością: bo się wystraszyłam, że przecież jak każdy mógł mieć gorszy czas, mogło mu nie wyjść, mógł nie podołać. I co wtedy? Miałabym odwagę napisać, że książka jest beznadziejna? Do kitu? Że uwielbiany przeze mnie Sosnowski to grafoman? Pewnie raczej nabrałabym wody w usta. Przemilczałabym. Udawałbym, że o książce w ogóle nie słyszałam. A skoro czytasz ten tekst, drogi Czytelniku...

Z mojej perspektywy

Pisanie o Kościele jest ryzykowne. Pisanie o swojej wierze lub niewierze – jeszcze bardziej. Zawsze można być posądzonym o dewocję, o chęć nawracania niewiernych, o religijny ekshibicjonizm. Lub przeciwnie: o kalanie własnego gniazda, o plucie na rzeczy święte, o atakowanie i podkopywanie korzeni naszej wiary. I tak źle, i tak niedobrze.

Sosnowski już we wstępie swojej najnowszej książki Co Bóg zrobił szympansom? stawia sprawę jasno: „Z pewnych powodów opowiadam się po stronie religii, choć przecież widzę nieoczywistość tej decyzji (...). Moje stosunki z chrześcijaństwem są złożone, z Kościołem katolickim – jeszcze bardziej. Nie o wszystkich tego powodach jestem skłonny opowiadać publicznie, gdyż istnieje taka sfera w naszym życiu, dla której (gotów byłbym się upierać, wbrew wielu kolorowym tygodnikom i wielu programom telewizyjnym) jedyną naturalną przestrzenią jest ewentualnie cień konfesjonału”.

Zaznacza też wprost: Pisze o swojej wierze nie po to, by kogoś do niej przekonać, ale „żebyś zobaczył, jak to wygląda z mojej strony”. I tu trzeba napisać: Sosnowski jest wiernym nieobojętnym, krytycznym, chwilami – mam wrażenie – wciąż szukającym swojego miejsca w Kościele. Właśnie dlatego, że jest krytyczny i nieobojętny. Czasami jest też zdziwiony. Może nawet zgorszony? Nie jest na pewno człowiekiem, który znalazł, wie i ma. Widzę go raczej jako tego, który trzyma w dłoniach naczynie gliniane i pilnuje, żeby go nie upuścić.

Co Bóg zrobił szympansom? to książka o nas wszystkich, o wierzących i niewierzących, o tych, którzy są w Kościele i czują się w nim dobrze, albo przynajmniej nie na tyle źle, by z niego uciekać, i o tych, którzy już uciekli albo nigdy jeszcze do niego nie zajrzeli. Jedni i drudzy żyjemy obok siebie, spotykamy się każdego dnia, rozmawiamy, razem pracujemy, odpoczywamy, chodzimy do kina. O naszej wierze rozmawiamy rzadko lub prawie wcale. Dziwimy się, gdy nagle okazuje się, że koleżanka z pracy, siedząca od pięciu lat przy biurku obok nas, też chodzi w niedzielę na mszę świętą. Sprawy religii częściej nas dzielą niż łączą. Zwłaszcza w dyżurnych dyskusjach o in vitro, eutanazji, aborcji, gdy zacietrzewieni w udowadnianiu swoich racji zapominamy zupełnie, że to o Pana Jezusa chodzi i naszą relację z Nim, a nie o zbiór paragrafów dotyczących naszej moralności. Dzielą nas nie tylko sprawy fundamentalne, potrafimy się pokłócić o książki, filmy, wystawy, odbierając im dobre imię, skazując na nieistnienie, nim zaistniały. Co ciekawe, czasami śmiało przyłączamy się do chóru krzykaczy, nawet wtedy gdy książki nie czytaliśmy, filmu nie oglądaliśmy, na wystawie nie byliśmy. Ale tak nam podpowiada nasza moralność, nasza wiara. Bo jeśli ktoś podnosi rękę na świętość, to krzyczeć trzeba. Tylko czy zawsze podnosi rękę? A może jedynie burzy nasze wyobrażenia, którymi tak się szczelnie otuliliśmy, że nie sposób się z nich teraz wymotać? „Człowiek wierzący ma naprawdę problem ze współczesna kulturą” – mówi Sosnowski. Ale o tym później.

Wdrapując się na sykomorę

Można odnieść wrażenie, że Jerzy Sosnowski zwariował, że wkłada kij w mrowisko, że porywa się z motyką na słońce, próbując poddać analizie naszą wiarę i niewiarę, nasze odejścia i powroty. Pisze o tym, co go martwi w Kościele i co go zastanawia. Czego szuka i czego oczekuje. Także od swoich duszpasterzy. Przywołuje postać biblijnego Zacheusza, który chcąc zobaczyć lepiej Jezusa, wlazł na drzewo. „Zawieszony między ziemią a niebem, próbujący już stopą sęczka na pniu, po którym być może zejdę z drzewa, ale wciąż jeszcze ściskający oburącz gałąź, która mnie utrzymuje, mówię nieśmiało do ludzi w koloratkach. Ufam, że na wierze znają się lepiej ode mnie; ale do takich jak ja (tak mi się zdaje) często brakuje im klucza”. Prosi więc: „Macie rację czy nie, nie poddawajcie mnie próbom cięższym, niż to konieczne. Rzeczywiste wymagania, które stawia przed człowiekiem chrześcijaństwo, są wystarczająco ciężkie, a ja wystarczająco wiele razy upadałem, żeby mnie jeszcze zmuszać do uznania prawd, którym nie ufam i których uznania Chrystus tak naprawdę ode mnie nie oczekuje”.

To nie wina Jezusa

Sosnowski sprawnie porusza się po Piśmie Świętym, przywołuje obrazy, przypowieści, fragmenty. Nie jest jedynie niedzielnym słuchaczem Biblii, widać, że to jedna z tych „książek”, do których wraca, a Ewangelia, jak mówi, „podsuwa mu język do mówienia o najważniejszych sprawach ludzkiego życia”.

Co więc takiego jest w nauczaniu Jezusa, że ludzie nie chcą za nim pójść? Że chrześcijaństwo wydaje im się ciasnym kaftanem uniemożliwiającym normalne życie? Że nie potrzebują Boga? „Kto odpowiada za antypatyczną, nieludzką twarz Kościoła?” – pyta Sosnowski. Może to nie Jezus jest przyczyną czyjejś niewiary ale raczej my sami, wierzący, marni uczniowie, byle jacy świadkowie. „Niektórzy ludzie nie potrzebują Boga, ponieważ nam, wyznawcom, udało się obrzydzić lub ośmieszyć Go w ich oczach” – pisze Sosnowski. Ja ośmieszyłam? No właśnie. Ja. I może ty też.

Autor zaprasza nas też na spacer po literaturze. Dodam od razu – spacer z zadyszką. I z moim zawstydzeniem. Rozprawia się z Czesławem Miłoszem, Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, Olgą Tokarczuk. Jest wnikliwy, nieobojętny, czujny. Pokazuje to, co mogłoby umknąć naszej uwadze. Albo raczej, na co wolelibyśmy nie zwracać uwagi.

To nie jest łatwa lektura. Powiedziałbym nawet, że jest bardzo wymagająca. Bo proponuje konfrontację z własnymi wyobrażeniami – nie tylko o swojej wierze, ale w ogóle – o świecie, o swoim stosunku do innych ludzi, o kulturze. O książkach i filmach. Trzeba też sobie odpowiedzieć na wiele pytań, na przykład o to, jak żyję, co jest dla mnie ważne, czy jestem świadkiem? A jeśli wierzę, to za kogo Go uważam? I co z tego wynika.

Sosnowski pokazuje, że nasza wiara nie zaczyna się i nie kończy w kościele. Ona nas określa. Nas jako ludzi, nas jako bliźnich, nas jako twórców kultury i nas jako jej odbiorców. Określa nasz stosunek do wierzących tak samo jak my i wierzących inaczej. I do niewierzących.

Wydaje mi się, że wielu z nas, czytając tę książkę, przyzna głośno lub choćby tylko szeptem, że myśli podobnie jak jej autor, że zadaje sobie podobne pytania, że drażnią nas te same rzeczy i że czasami palimy się ze wstydu w tym samym momencie. No i że tak jak autor szukamy tej pewności, która często jest niepewnością.

 „W tym kręgu wędruje wielu z nas, w tym kręgu sam wędruję, dostukując się nieraz – Is there anybody out there? – po drugiej stronie muru tego Kogoś, kto (jak ufam) stoi na zewnątrz, wyciąga rękę, której nie umiem pochwycić i woła, żebym wytrwał. Bo mój los, los wszystkich pospołu wierzących i niewierzących, nie jest Mu obojętny – jeśli On sam istnieje, a staram się nie tracić nadziei, że tak”. Nic dodać, nic ująć.


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Jak pani może mówić o dziecku

JESTEŚMY TU, ŻEBY WAS ZABIĆ!

Poddaj się, żeby wygrać

BYĆ BARDZIEJ

Matka nie swoich dzieci


komentarze



Facebook