Archwium > Numer 511bis (Specjalny/2016) > Wielkie dni > NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA/ SAMOLOT STARTUJE POD WIATR

NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA/ SAMOLOT STARTUJE POD WIATR
Jeśli się chce, zawsze można znaleźć sposób na dobre życie po wypadku. Zawsze można też znaleźć powód, by tego nie robić - sądzi Rafał Wilk, podwójny złoty medalista paraolimpiady w Londynie.

FOT. PROFIMEDIA, CORBIS


Z Ewangelii św. Łukasza (Łk 24,5b.8–9.11)

Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał. Przypomnijcie sobie, jak wam mówił, będąc jeszcze w Galilei. Wtedy przypomniały sobie Jego słowa i wróciły od grobu, oznajmiły to wszystko Jedenastu i wszystkim pozostałym. Lecz słowa te wydały im się czczą gadaniną i nie dali im wiary.

Sfilmowany wypadek Rafała Wilka zajmuje na YouTubie kilka sekund. 3 maja 2006 roku, tor żużlowy w Krośnie, zawody między KŻ Krosno a GTŻ Grudziądz. W ósmym wyścigu tego meczu Wilk ma właściwie zwycięstwo w kieszeni. Wyprzedza rywali, musi jeszcze pokonać wiraż i ostatnią prostą. I wtedy uderza w bandę. Przewraca się, a jego klubowy kolega, szesnastoletni Słowak Martin Vaculík przejeżdża mu motorem po plecach. W 2006 roku Rafał Wilk ma 32 lata. Jest jednym z najlepszych zawodników KŻ Krosno, ale pracuje też jako trener. Kocha sport i nie przychodzi mu do głowy, że mógłby robić coś innego. Ma żonę i troje dzieci. Lubi swoje życie. W szpitalu lekarze szybko pozbawiają go złudzeń. Nie będzie chodził i na pewno nie wróci już do żużlu. Rafał mówi do lekarza: Jeszcze, k…, zobaczysz, że przyjdę tu o własnych siłach!

Głowa tego potrzebuje

Pół roku po wypadku Wilk jedzie z przyjaciółmi w Alpy, żeby pojeździć na monoski (jedna narta umożliwiająca niepełnosprawnym jazdę w pozycji siedzącej). Jego kręgosłup nie jest jeszcze całkiem zrośnięty, więc lekarz, któremu mówi o wyjeździe, puka się w czoło. – Moja głowa tego potrzebuje – odpowiada mu Wilk. Do dziś jeździ na monoski, ale rekreacyjnie. Wyczynowo uprawia handbike (rower napędzany ręcznie). W 2012 roku na XIV Letnich Igrzyskach Paraolimpijskich w Londynie zdobył dwa złote medale – w jeździe na czas na 16 km i ze startu wspólnego na dystansie 64 km. Rok później został dwukrotnym mistrzem świata w monoski w Baie–Comeau w Kanadzie. Za kilka dni leci na Majorkę na zgrupowanie paraolimpijskie. Myśli o starcie na paraolimpiadzie w Rio de Janeiro. – Sport pozwala zapomnieć o niepełnosprawności, o wózku. Ale decydująca jest samoakceptacja. Gdybym po wypadku nic dla siebie nie zrobił, to pewnie bym na swoją sytuację narzekał. Ale kto powiedział, że ma być łatwo? Samolot też startuje pod wiatr – mówi.

Piłka uratowała mi życie

2009 rok. Łukasz Irla, 23-letni student Akademii Wychowania Fizycznego w Białej Podlaskiej i piłkarz zamojskiej Omegi bawi się na weselu. Jest przystojnym chłopakiem, podoba się dziewczynom. Szaleje na parkiecie – to pamięta do dziś – tańczył do końca. Trzeba jednak wracać. Odwozi go koleżanka, do samochodu wsiadają też jej rodzice. Nagłe zderzenie z TIR-em. Łukasz niewiele pamięta, ale już wtedy zdawał sobie sprawę, że stracił czucie w nogach. Wie, co to oznacza, o konsekwencjach uszkodzenia rdzenia kręgowego uczył się na studiach. Koleżanka umiera w szpitalu, jej rodzice nie odnoszą poważnych obrażeń, a Łukasz walczy o życie. W wypadku oprócz urazu kręgosłupa doznaje rozwarstwienia aorty. Przechodzi trudną operację, przecięty mostek przez kilka miesięcy powoduje nieznośny ból. Ale powoli wraca do życia. Tyle że to już życie na wózku. – Lekarze powiedzieli mi wtedy, że piłka nożna uratowała mi życie. Spadłem z wysokiego pułapu zdrowotnego. Gdyby nie doskonałe zdrowie, które zawdzięczałem sportowi, mógłbym wypadku nie przeżyć – mówi Irla. Kilka lat spędza w prywatnych ośrodkach rehabilitacji. Idą na to oszczędności rodziców. Początkowo Łukasz nie pracuje, szybko za to wraca do sportu. Trafia na obozy zorganizowane przez Fundusz Aktywnej Rehabilitacji. Zaczyna uprawiać handbike i jeździć na monoski. Ale próbuje też sił na narcie wodnej i na kajakach. W zeszłym roku wystartował w maratonie poznańskim dla osób na wózkach. Na mecie był trzeci. – Bez sportu byłoby mi ciężko się pozbierać, bo to było coś, co zawsze lubiłem robić. Ale dużo dała mi też wiara. Wierzę, że cierpienie ma sens.

Zrobić coś dla siebie

Lucyna Juchiewicz pierwszy raz weszła do kajaka cztery lata temu. Nigdy wcześniej nie uprawiała żadnego sportu. – Której nogi nie masz? Lewej? To wejdź do kajaka z prawej strony – usłyszała od trenera Pawła Łukaszewicza na pierwszych zajęciach. – To było miłe, bo takie normalne. Po prostu wskazówka, jak postąpić. Dotarło do mnie, że pływanie na kajaku bez nogi to nie problem, tylko trzeba wiedzieć, jak się do tego zabrać. Kiedy wpadła pod samochód, miała 7 lat. Lewą nogę amputowano, prawa została zmiażdżona. Niewiele z tego pamięta. Kiedy zaczyna uprawiać parakajakarstwo, ma już 36 lat, kilka lat wcześniej wzięła rozwód, jest matką dwóch dziewczynek, dziewięcio- i jedenastoletniej. Polonistka z certyfikatem z języka angielskiego uczy polskiego obcokrajowców w prywatnych szkołach. Tłumaczy też z angielskiego. Początkowo nieźle sobie radzi, ale w 2012 roku zlecenia się kończą. Musi utrzymać dzieci, więc walczy, bierze niskopłatne zlecenia z internetu, pracuje kilkanaście godzin na dobę. Pieniędzy nadal jednak brakuje, a Lucyna czuje się wyczerpana. Wtedy przychodzi jej do głowy, żeby zrobić coś dla siebie. Pierwsza myśl: „W tak dużym mieście jak Poznań musi być jakiś klub sportowy dla niepełnosprawnych”. Druga myśl: „Przecież jestem na to za stara”. Dzwoni jednak do poznańskiego oddziału Stowarzyszenia Sportowo-Rehabilitacyjnego „Start”. Wbrew jej obawom pani odbierająca telefon nie jest zaskoczona jej wiekiem. „Niech pani przyjdzie na zajęcia pływania” – mówi. Lucyna pływać jednak nie będzie. Trener Paweł Łukaszewicz proponuje jej parakajakarstwo i szybko okazuje się, że jest w tym dobra. W 2013 i w 2015 roku zdobyła mistrzostwo Polski, a w 2014 – wicemistrzostwo. Kilkakrotnie brała też udział w mistrzostwach świata. Chce się zakwalifikować do igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro. Lucyna Juchiewicz najbardziej przeżyła start w mistrzostwach świata w Moskwie w 2014 roku. Zajęła czwarte miejsce, do zakwalifikowania się do finału zabrakło jej jednej sekundy, ale i tak uważa, że były to jej najlepsze zawody. Wiał silny wiatr i zawodniczkom dopiero za trzecim razem udało się ustawić kajaki w maszynach startowych. Stres. Był moment, że zwolniła, myślała, że nie da rady. Trener jechał po nabrzeżu i krzyczał: „Lucyna, przyspieszaj!”. I przyspieszyła. Pobiła wtedy swój życiowy rekord. – Odkąd zaczęłam uprawiać sport, wiem, że mogę być w czymś fizycznie lepsza od moich pełnosprawnych koleżanek. Szkoda, że nie doświadczyłam tego uczucia w dzieciństwie – wyznaje.

Nie szukam

Rafał Wilk nie sądzi, by jego życie po wypadku zmieniło się na gorsze. – Niektóre rzeczy są dla mnie niedostępne, ale się z tym pogodziłem. Żyję aktywnie. Jeśli się chce, zawsze można znaleźć sposób na dobre życie, jeśli się nie chce, zawsze można znaleźć powód, by tego nie robić – uważa. Po wypadku przytłaczała go świadomość, że nie jest samodzielny. – Przerażało mnie, że jestem bezbronny jak niemowlę, więc starałem się zrobić wszystko, by zapanować nad swoim ciałem – mówi. Po wypadku nie potrafił samodzielnie przesiąść się z łóżka na wózek i z powrotem. Uczył się tego przez dwa miesiące. Czasem upadał, kilka razy poranił sobie plecy. Rafał mieszka w domu jednorodzinnym. Dziś kilka razy dziennie samodzielnie wchodzi na drugie piętro. Na schodach podciąga się na rękach. Przed długi czas pchał przed sobą wózek. Teraz już nie musi, bo ma dwa wózki. Jeden stoi na górze, drugi – na dole. Ale dziesięć lat temu musiał się uczyć każdego ruchu. Po to, żeby się ubrać, zrobić sobie jedzenie, umyć się. Osobnym problemem było pokonywanie krawężników, bo wbrew temu, co się wydaje zdrowym, nawet na niewysokim, 3–4-centymetrowym, wózek łatwo się przewraca. Ćwiczył dziesięć godzin dziennie, siedem godzin na zajęciach rehabilitacyjnych, trzy godziny w domu. Wytrwał, bo bardzo chciał być samodzielny. Już trzy miesiące po wypadku zaczął jeździć z bratem na quadzie. Potem odkrył monoski. Gdy pojechał z przyjaciółmi w Alpy na narty, poczuł, że może wrócić do sportu. Polubił monoski, jednak jeździł na niej tylko rekreacyjnie. Na handbike’u spróbował sił dopiero cztery lata po wypadku. To był sport najbardziej podobny do żużlu, który uprawiał wcześniej, po prostu strzał w dziesiątkę. Handbike nie jest tani, ten, który należy do Rafała, kosztował 16 tys. zł. Kupił mu go sponsor, Rafała nie byłoby stać na taki wydatek. Gdy zaczął brać udział w zawodach, okazało się, że sport wymaga od niego wiele czasu. Był wtedy trenerem drużyny żużlowej Motor Lublin. – Przed południem miałem maraton na monoski, a o godzinie 15 mecz mojej drużyny. Tego nie dało się pogodzić – uważa Wilk. Przyznaje też jednak, że jego drużyna nie osiągała wyników oczekiwanych przez klub. – Rozstaliśmy się w 2011 roku za porozumieniem stron. Nie mam żalu do klubu – mówi. Przez kilka miesięcy był bez pracy. Bywało ciężko, czasem na życie miał tylko 200 zł miesięcznie. W 2012 roku przyszła oferta z wydziału wychowania fizycznego Uniwersytetu Rzeszowskiego. Do dziś prowadzi na tej uczelni zajęcia dla niepełnosprawnych.

To nie koniec

Tomasz Głażewski, trener stowarzyszenia „Start” z Wolsztyna trenujący parakajakarzy uważa, że niepełnosprawnych zawodników należy traktować normalnie. – To są zwyczajni ludzie, tacy jak my. Nie wymagają innego podejścia niż sprawni – mówi. Jednak swoich podopiecznych przygotowuje do sportu etapami. Jego zawodniczka Katarzyna Leśkiewicz, medalistka mistrzostw Europy w parakajakach, nie umiała pływać. – Tak bardzo bała się wody, że trzymała się kurczowo poręczy w basenie. Teraz potrafi przepłynąć 1500 metrów. Trudności trzeba stopniować, żeby zawodnika nie przestraszyć – mówi Głażewski.

Paulina Jurga, psycholog z Poznańskiego Centrum Rehabilitacji i Ortopedii Rehasport: Po wypadku osoba poszkodowana zamyka się w sobie. Doświadcza buntu, wycofuje się. Potem powoli zaczyna akceptować swoją sytuację. Choć nie zawsze tak się zdarza, to wiele osób stara się normalnie żyć – tłumaczy. Jest przekonana, że osobom po wypadkach, które wcześniej uprawiały sport, dużo łatwiej odnaleźć się w życiu niż ludziom, którzy nigdy nie mieli z nim do czynienia. – Łatwiej radzą sobie z bólem, a w sytuacji, gdy nie ma rywala, ich rywalem staje się ich własne ciało – mówi.

Mobilizacja pacjentów po urazach to już inna sprawa. Istotny jest moment, gdy człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie będzie już taki sam jak wcześniej. – Dobrze jest pokazać osoby, które mimo niepełnosprawności coś osiągnęły. Ale tylko wtedy, gdy pacjent jest na to gotowy. Trzeba dobrze wyczuć moment, inaczej można go zrazić – mówi Jurga.

Profesor Andrzej Nowakowski, chirurg ortopeda i specjalista chirurgii urazowej z poznańskiego szpitala ortopedycznego im. Wiktora Degi: Kiedyś się mówiło, że jeśli ktoś złamał kark, to koniec. Czekają go tylko odleżyny i śmierć. Dziś jest inaczej. Ludzie, którzy doznali przerwania rdzenia kręgowego, mogą nadal sprawnie funkcjonować, choć inaczej niż wcześniej.

Nowakowski uważa, że nie należy od razu obarczać pacjenta najgorszą wiadomością: Większość pacjentów z przerwanym rdzeniem kręgowym nie chce przyjąć do wiadomości, że nie będzie już chodzić. Wierzą, że uda się rekonstrukcja kręgosłupa, choć lekarze są bezradni. Gdy dociera do nich, że są na to marne szanse, nie chcą żyć. Nie można im wtedy mówić, że nigdy nie wstaną z wózka. Można im jednak powiedzieć, że będą mogli podnieść się na rękach, grać w różne gry i pływać. Rozmowy z takimi pacjentami wymagają wielkiej delikatności.

Dedykacja dla taty

Jak bardzo zmieniło się życie Rafała Wilka po wypadku? Rozstał się z żoną, ale zaprzecza, by miało to związek z jego niepełnosprawnością. Nie chce o tym mówić. Z dziećmi, dwiema już dorosłymi córkami i 15-letnim synem, jest bardzo zżyty, w każdym tygodniu spotyka się z nimi kilka razy. Właśnie wrócili z weekendowego wyjazdu do Zakopanego. On zjeżdżał na monoski, one na zwykłych nartach. Buduje dom pod Rzeszowem, niewielki, 140-metrowy, ale w pięknej okolicy. Zawsze chciał mieszkać w drewnianym domu. Jeśli dobrze pójdzie, będzie gotowy jeszcze w tym roku. W wyścigach na paraolimpiadzie w Londynie w 2012 roku Rafał Wilk jechał po złoto. Inny medal go nie interesował. – Kiedyś dałem tacie słowo, że będę najlepszy. Tata był żużlowcem, tak jak ja potem. Gdy zdobyłem złoty medal w wyścigu na czas, dedykowałem go jemu. Drugi medal, ze startu wspólnego, był dla moich dzieci – mówi. Największą satysfakcję miał z medalu ze wspólnego startu. Musiał pokonać osiem okrążeń, na piątym odjechał od rywali. Zyskał nad nimi 1,5 minuty przewagi. – Zaraz zaczęli dzwonić dziennikarze. Zainteresowanie sportem niepełnosprawnych jest znikome. Budzi się raz na cztery lata – mówi.

W sporcie jestem wolny

Łukasz Irla sądzi, że gdyby nie wypadek, nadal trenowałby dzieciaki w DKS Gaudium Zamość i szybciej wyprowadziłby się od rodziców. Po urazie kręgosłupa musiał jednak liczyć na ich pomoc. Długo po wypadku nie mógł nawet zapiąć koszuli, bo bolał go mostek rozcięty podczas operacji aorty. Samodzielnie potrafił się ubrać dopiero po czterech miesiącach. Rehabilitacja trwała dwa lata. Nawiązał wtedy kontakt z Fundacją Aktywnej Rehabilitacji (FAR) i klubem „Start” w Poznaniu. To z powodu poznańskiego „Startu” przeniósł się w styczniu br. z Zamościa do Poznania. W Rzeszowie też działał „Start”, ale to z poznańskim klubem się zaprzyjaźnił. Wynajął mieszkanie razem z młodszą siostrą Karoliną, która w Zamościu nie mogła znaleźć pracy. Na pierwszy obóz wybiera się z poznańskim „Startem”, gdzie jeździ na monoski, a krótko potem z FAR-em na obóz parakajakarski, ale próbuje też sił na narcie wodnej. Lubi to. – Bez sportu byłoby mi znacznie gorzej, bo zawsze sprawiał mi frajdę. Przed wypadkiem jeździłem na rowerze, na nartach, grałem w piłkę nożną w Omedze. Ruch i fizyczny wysiłek to nadal dla mnie wielka przyjemność – mówi Łukasz. Nie wie jeszcze, na jaką dyscyplinę postawi. Może monoski, może parakajaki? Jednak to dopiero po wypadku Łukasz zakochał się z wzajemnością w dziewczynie. Byli razem przez cztery lata i choć miłość nie przetrwała, była ważna. Rozwiała jego obawy, że u pełnosprawnych dziewczyn nie ma szans. Dziewczyna nigdy nie dała mu odczuć, że jest gorszy, bo jeździ na wózku. Bywało ciężko, ale siłę czerpał z wiary. – Odnalazłem żywą więź z Bogiem. Zawsze byłem wierzący, ale zdarzało mi się, że chodziłem w niedzielę na mszę, żeby po prostu ją odbębnić. Teraz to dla mnie ważna potrzeba. Kilka lat temu za namową kolegi pojechał na obóz ewangelizacyjny prowadzony przez ks. Radosława Siwińskiego z Koszalina. Ksiądz jest egzorcystą. Dzięki niemu Łukasz poznaje Adama dręczonego przez złego ducha. Gdy ma zły dzień, ofiarowuje opętanemu swoje cierpienie. Do dziś są w kontakcie. – Wierzę, że cierpienie nie musi być daremne. Ja je ofiarowuję w intencji uwolnienia Adama od demona – mówi Łukasz. Z pieniędzmi bywa krucho. Łukasz utrzymuje się z renty, pracy jako pomoc biurowa w firmie kolegi i ze zleceń z Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Prowadzi zajęcia dla dzieci na wózkach. Ale ma plany. Razem z kolegą ze „Startu” chce otworzyć wypożyczalnię sprzętu sportowego dla niepełnosprawnych i organizować dla nich obozy. Wie, czego oczekują, bo sam uprawia sport. Jeśli dostaną dofinansowanie z Urzędu Pracy, może uda się uruchomić firmę jeszcze tej jesieni. – Nie mogę zagrać w piłkę, pobiegać po plaży, potańczyć i nadal bardzo mi tego brakuje. To nie tak, że w pełni zaakceptowałem swoją niepełnosprawność, ale odnalazłem się w życiu po wypadku. A sport mi w tym pomógł, bo daje poczucie wolności – mówi. Łukasz Irla w październiku ubiegłego roku zajął trzecie miejsce w poznańskim maratonie na wózkach. Musiał przejechać 42 km. – Po 20 km wysiadły mi nadgarstki. Ale zignorowałem ból i dalej jechałem jak automat. Na trasie stali kibice, niesamowicie nas dopingowali. To bardzo mi pomogło – wspomina.

Ciało już nie zawodzi

Lucyna długo nie lubiła swojego ciała. W sanatoriach, w których spędziła dzieciństwo, nauczyła się pływać i świetnie czuła się w wodzie. Ale przejście o kulach do basenu zawsze ją zawstydzało. Ona kuśtyka, a wszyscy patrzą. W sanatoriach spotykała głównie dzieci ze skoliozami, jej kalectwo rzucało się w oczy. Innych niepełnosprawnych właściwie nie znała. W rodzinnej Krzesznej, małej wiosce na Pomorzu, żadnych klubów sportowych dla niepełnosprawnych, rzecz jasna, nie było. Chodziła popływać w jeziorze. Czuła, że ciało ją zawiodło, więc odsunęła je na drugi plan. Postawiła na naukę i w tym była dobra. W szkole zbierała piątki, skończyła polonistykę na uniwersytecie w Bydgoszczy, zrobiła certyfikat z języka angielskiego. Na pierwszych zajęciach pływania w klubie „Start”, zanim jeszcze zaczęła uprawiać parakajakarstwo, zobaczyła chłopaka bez ręki i drugiego bez nogi. – Nikt na nich nie zwracał uwagi. Przestałam się zastanawiać, czy ludzie mi się przyglądają – mówi. Kiedy zaczęła trenować, jej ciało przestało być czymś gorszym od umysłu. Jest teraz znacznie sprawniejsza i ruchliwsza. Ma też lepszą protezę, więc nie chodzi już o kulach. Na rozmowę woli umówić się w moim mieszkaniu, a konieczność wspinania się na trzecie piętro wcale jej nie zniechęca. – To żaden problem – rozwiewa moje wątpliwości. Sport daje Lucynie uczucie przekraczania własnych możliwości, dla niej bezcenne. Gdy ćwiczy na ławeczce ze sztangą, musi ją podnieść jak najwięcej razy w ciągu minuty. Czasem krzyczy „Już nie dam rady!”, ale trener nie ustępuje. „Dasz” – mówi, i Lucyna robi jeszcze dziesięć powtórzeń. Dodatkową korzyścią ze sportu było zrzucenie 20 kg nadwagi. Wcześniej nosiła rozmiar 42, teraz – 38. – Miałam z tego babską satysfakcję. Kiedy pierwszy raz kupiłam sukienkę w mniejszym rozmiarze, od razu pochwaliłam się trenerowi. Lucyna lubi też poczucie wspólnoty z innymi: – Bardzo siebie wspieramy. Wiemy, że gramy do jednej bramki, choć na zawodach rywalizujemy i na starcie nikt nie odpuści.Rafał Wilk nadal przyjaźni się z Martinem Vaculíkiem, który w wypadku w 2006 roku przejechał mu motorem po plecach. Czy czuł do niego żal? – Za co? To ja popełniłem błąd i się przewróciłem. Martin nie zawinił – mówi Wilk. Stale też trenuje i nigdy sobie nie odpuszcza. W ciągu roku pokonuje na handbike’u 1300 tys. km, w tygodniu ponad 300 km. Nie zastanawia się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie wypadek. – Byłem na zawodach na Alasce, w Londynie, w Republice Południowej Afryki. Czy pojechałbym do tych krajów, gdybym był pełnosprawny? Być może bym tam był, a może nie. Ważne, że tam byłem.


Małgorzata Wyszyńska - przez 13 lat była dziennikarką "Gazety Wyborczej" w Poznaniu, specjalizowała się w tematyce społecznej i reportażu. Przez kolejnych 10 lat pracowała w miesięczniku "Press", gdzie zajmowała się problemami etycznymi mediów, prasą, a także lokalnymi i regionalnymi rozgłośniami radiowymi. Obecnie jest freelancerem. Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

JEŚĆ CZY NIE JEŚĆ

JAK POKAZAĆ ŚWIĘTOŚĆ

PACIERZ CZŁOWIEKA DOROSŁEGO

Człowieczeństwo Jezusa

Buldeneż


komentarze



Facebook