Archwium > Numer 535 (03/2018) > Męska rzecz > JESTEM TAKI NIEWYLEWNY

JESTEM TAKI NIEWYLEWNY
Czasami podczas terapii pytam mężczyzn: W kim ma pan wsparcie? Duża część mężczyzn reaguje zdziwieniem, takim lekkim odsunięciem i po chwili namysłu mówi: W nikim.

FOT. CLEM ONOJEGHUO / UNSPLASH.COM


Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Te chusteczki higieniczne na stole w pana gabinecie są dla kobiet, które się rozkleją podczas rozmowy?

Rafał Bornus: Dla mężczyzn też.

Dla mężczyzn? Przecież chłopaki nie płaczą. Od dziecka słyszą: Nie bądź beksą, nie bądź mazgajem.

Do dziewczynek za to mówimy: Bądź dzielna. A ta dzielność oznacza, że dziecko nie ma przestrzeni na swoje emocje albo że rodzice nie są gotowi, by je przyjąć. W ten sposób chłopcy i dziewczynki uczą się, że emocje trzeba kontrolować i powstrzymywać. Nagrodą za to jest stwierdzenie: Dzielna dziewczynka, dzielny chłopiec! Tyle że potem, w dorosłym życiu, za taką „dzielność” płaci się wysoką cenę. Emocje są furtką do wewnętrznego świata, w którym fundamentalne jest pytanie: Czego ja chcę, co jest dla mnie ważne, o co mi chodzi?

W takim razie, co robimy dziecku, mówiąc: Nie bądź beksą?

Sygnalizujemy, że ważne jest nie to, co ono czuje, tylko to, co rodzic chce w nim widzieć. A rodzic chce być dumny z tego, że ma dzielne dziecko, które nie jest beksą.

A dlaczego rodzic chce, żeby dziecko nie było mazgajem?

Bycie beksą jest odbierane jako słabość. Powiedzenie do dziecka: Nie bądź beksą, jest równoznaczne z powiedzeniem mu: Nie miej słabości. Bo jeśli ty nie będziesz miał słabości, to będzie dobrze świadczyło o mnie jako o rodzicu i o naszej rodzinie, w której nie ma miejsca na słabość. My należymy do silnych ludzi.

Mężczyźni, którzy do pana przychodzą, to ludzie, którzy już chcą czegoś od siebie, którzy zrozumieli, że mają taką potrzebę.

Z tym jest różnie. Trafiają do mnie osoby, które chcą pomocy psychologicznej, ale też takie, które wyraźnie szukają pomocy lekarskiej, farmakologicznej. Niedawno przyszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku, bardzo dzielny, pracujący po 12 godzin na dobę, ale trzy miesiące temu zawiesił działalność swojej firmy, ponieważ przeżywa bardzo silne lęki, które nie pozwalają mu funkcjonować. Mówię mu: Zapiszę panu leki, które złagodzą te objawy, ale potrzebna jest psychoterapia, żeby pan zrozumiał, skąd te lęki się biorą i co z nimi robić. On na to mówi: Nie, ja chyba nie pójdę na psychoterapię. Pytam, dlaczego, a on odpowiada: A, bo ja jestem taki niewylewny. To pokazuje, że w powszechnej opinii bycie męskim oznacza działanie. A tu, w gabinecie psychoterapeutycznym, nic się nie dzieje, poza rozmową, która służy refleksji i oglądowi siebie. Kiedy ten mężczyzna mówi, że jest niewylewny, to daje mi komunikat: Ja nie będę rozmawiał o uczuciach.

I gdyby przyszedł na psychoterapię, toby mu się świat rozleciał?

Tak, bo nikt go nie nauczył, żeby się zajął sobą. Dodatkowo towarzyszyłby mu wstyd wynikający z przekonania, że mężczyzna nie powinien rozmawiać o uczuciach, nie powinien się bać, nie powinien przeżywać emocji, tylko powinien je kontrolować.

No właśnie, mężczyzna powinien być twardy. A dlaczego te wszystkie rzeczy, które pan wymienił, przypisujemy mężczyźnie? Nie mówimy, że kobieta ma być twarda, że nie może być wylewna.

Kobietom jest łatwiej rozmawiać, chociaż nie zawsze te rozmowy prowadzą do zrozumienia siebie. Przyszła do mnie kiedyś trzydziestokilkuletnia pani pracująca w dużej korporacji, która po okresie pracy terapeutycznej i pomocy lekarskiej powiedziała: Ja dopiero teraz widzę, że swoje emocje zamiatałam pod dywan. Najważniejsze były dla mnie wykształcenie, praca, osiągnięcia i sukcesy. I co z tego, że ja tyle w tej pracy osiągnęłam, założyłam rodzinę, skoro nie rozumiem swoich dzieci, męża i nie rozumiem siebie.

Miernikiem tego, kim się jest w społeczeństwie, jest to, gdzie się pracuje i ile się zarabia. Gdybyśmy poszli na Uniwersytet Warszawski na wydział prawa i powiedzieli chłopakom na pierwszym roku: Panowie, najważniejsze jest to, żebyście rozumieli siebie, a nie to, ile zdobędziecie wiedzy i gdzie w przyszłości będziecie pracowali – to oni by parsknęli śmiechem.

Bo mówienie im o tym na studiach jest mocno spóźnione. Oni już zostali nauczeni, że określa nas rola, którą pełnimy w społeczeństwie. I na pytanie: Kim jesteś?, taki człowiek odpowie: Jestem prawnikiem. To będzie dla niego najważniejsze.

Jeszcze pewnie wymieni nazwę dużej kancelarii, w której pracuje.

Najlepiej własnej! Ten wyścig zaczyna się z chwilą, kiedy rodzice pytają dziecko: Kim chcesz zostać? Albo kiedy mówią: Najlepiej, żebyś został lekarzem, prawnikiem albo chociaż majstrem na budowie, tak jak ojciec. Po co będziesz się kształcił? Ojciec ma dobry zawód, dobry fach, dobre zarobki – idź w jego ślady. Rzadko spotyka się rodziców, którzy chcieliby rozwijać w swoim dziecku umiejętność powiedzenia: Jestem sobą – co w dorosłości oznacza, że kieruję swoim życiem i dlatego mogę przyjmować różne role. Mogę być prawnikiem, mogę być majstrem i tak dalej. Ale przede wszystkim jestem sobą.

Starożytni Grecy, kiedy mieli jakieś pytania, jakąś wątpliwość, to chodzili z tym do Delf, składali ofiary i kapłanki w świątyni po jakimś czasie udzielały im odpowiedzi – często niejednoznacznej, ale dającej do myślenia. Na świątyni w Delfach były wypisane dwa hasła. Jedno głosiło: Poznaj siebie. A drugie: Wszystkiego z umiarem.

W jakimś sensie psychoterapeuci pełnią podobną rolę, bo zachęcają innych do poznania siebie – jak ja funkcjonuję, kim jestem. Język emocji jest w tym bardzo ważny. Bo emocje to jest przecież część człowieka. Więc dlaczego mam się bronić przed częścią siebie?

Powiedział pan, że mówienie o emocjach ludziom, którzy zaczęli studia, jest mocno spóźnione. Boję się, że gdy ktoś przeczyta takie słowa, a ma 25 czy więcej lat, to pomyśli: No to jestem skończony.

Powiedziałem „za późno”, uśredniając to oczywiście. W każdym z nas, bez względu na to, ile mamy lat, jest potencjał, żeby się uczyć. Tę naukę można wykorzystać, nie tylko szkoląc się w dziedzinach, którymi zajmujemy się zawodowo, ale także, żeby poznawać siebie, rozwijać kontakt ze sobą, lepiej rozumieć relacje i swoje funkcjonowanie w związkach. Albo – nawiązując trochę do tego starogreckiego hasła – żeby umieć znajdować równowagę między samotnością a wspólnotą. Wszystko jedno, czy to będzie wspólnota w związku, czy wspólnota rodzinna albo zakonna, czy jeszcze inna. Każdy człowiek od chwili narodzin w jakimś sensie jest sam. Ale jest też w odniesieniu, w relacjach i w więziach z innymi. Chodzi o to, żeby widzieć, rozumieć i układać jakoś te proporcje samotności i bliskości. A z doświadczenia wiem, że bardzo często emocjonalne problemy zgłaszane przez ludzi mają swoje źródło właśnie w lęku przed bliskością. Nigdy nie jest za późno, by coś z tym zrobić, by nad sobą popracować.

Ludzie coraz częściej korzystają z psychoterapii, z różnych treningów…

Kiedyś pracę nad sobą określano jako kształtowanie charakteru. Potem, gdy byłem studentem, jeśli ktoś chciał pracować nad sobą, to szedł na trening interpersonalny, który uczył funkcjonowania w relacjach. Teraz młodzi, i nie tylko młodzi, ludzie, kiedy chcą się rozwijać, to idą na trening personalny, mają trenera personalnego, żeby być fit, co pokazuje, jak różnie rozkładają się akcenty – kiedyś ważniejsze było kształtowanie charakteru, relacje, a teraz żeby być fit i zdrowym. To się oczywiście ze sobą nie kłóci, bo te wszystkie poziomy – łącznie z dbaniem o swoje ciało – są ważne, tylko chodzi o to, by zachować właściwe proporcje. Czyli: Wszystkiego z umiarem.

Wydaje mi się, że dziewczynki mają społecznie więcej przyzwolenia na pewne zachowania. Kiedy dwie nastolatki idą, trzymając się pod rękę, to jest dla nas normalne. Kiedy się całują na do widzenia i wymieniają uściski, też nie budzi to zdziwienia. Gdyby w taki sposób zachowali się chłopcy, koledzy by ich wyśmiali, a może nawet posądzili o skłonności homoseksualne. Dlaczego przykładamy inne miary do takich zachowań?

To wynika z uwarunkowań kulturowych. W czasie wakacji byłem w Indiach. Tam chłopcy chodzą po ulicach, trzymając się za ręce, i niekoniecznie ma to związek ze skłonnościami homoseksualnymi. W naszej kulturze natomiast chłopiec ma trzymać pewien dystans, bo to oznacza męskość i twardość. Chłopcy mogą pójść razem na piłkę, a gdy są dorośli, to na piwo, ale bez okazywania sobie takich gestów bliskości. (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Rafał Bornus - ur. 1959, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii. Pracuje w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, mąż i ojciec. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Dowartościować siebie

PO KROPCE

PO MĘCE WRACAM DO DOMU

Sześćdziesiąt minut

GDZIE JEST RAJ?


komentarze



Facebook