Archwium > Numer 539 (07/2018) > Rozmowa w drodze > PIĘKNAŚ INO PO KOLANA

PIĘKNAŚ INO PO KOLANA
Kiedyś poszedłem do piekarni i zapytałem: Czy byłby pan łaskaw zapakować? Hipster, który tam pracował, popatrzył na mnie dziwnie, zastanawiając się chyba, czy go nie obrażam.

FOT. BEATA ZAWRZEL / REPORTER


Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Pisze pan dużo książek dla dzieci? Ostatnio widziałem tę o Fryderyku Chopinie. Fantastyczna. Skąd pomysł, by zająć się literaturą dla dzieci?

Michał Rusinek: Mógłbym najprościej odpowiedzieć, że z niskiej żądzy zysku. Jakiś czas temu zamówiono u mnie duży zbiór wierszy dla dzieci. To był pewnego rodzaju eksperyment i ryzyko, bo nie było gwarancji, że ktoś to kupi. Sprzedało się 40 tysięcy egzemplarzy! Ale oprócz zysku są też ogromna frajda i zabawa.

Przez wiele lat stał pan u boku Wisławy Szymborskiej jako jej sekretarz. Obcował pan z poezją najwyższych lotów, a zajął się pan literaturą dla dzieci.

Ale co, że nie pasuje, nie licuje? Że to wysoko, a to nisko? Nie ustawiałbym obu gatunków piętrowo, to po pierwsze. Po drugie, postawiłbym gdzie indziej granicę. Mam bardzo rzemieślnicze podejście do tego, co robię. Prowadzę zajęcia z tak zwanego creative writing w podyplomowym studium literacko-artystycznym, do którego często przychodzą uduchowieni poeci, którzy mówią, że wydali już ileś tomików wierszy, a ja w ramach zajęć proszę, żeby napisali rymowankę dla dzieci. Im się wydaje, że to jest zejście poniżej pewnego poziomu, a tymczasem to jest mierzenie się z wcale nie najłatwiejszą formą. Zwyczajne rzemiosło. Sprawdzenie, czy umiem malować farbą olejną tak samo dobrze jak farbą wodną. Zaczęliśmy już naszą rozmowę?

Zaczęliśmy. Interesuje nas wątek uduchowionych. Przeglądaliśmy dzisiaj Pypcie na języku [zbiór felietonów Michała Rusinka – przyp. red.], zapłakując się co chwila ze śmiechu. Są tam między innymi historie z kościelnego podwórka. Czy pana zdaniem język religijny jest zrozumiały dla człowieka, do którego jest adresowany?

To jest pytanie jak ocean i żeby na nie uczciwie odpowiedzieć, trzeba by dokonać jakiejś precyzyjnej analizy. Nie jestem księdzem profesorem Wiesławem Przyczyną, który się tym zajmuje i nasłuchuje od wewnątrz i z zewnątrz, i jest bez wątpienia najbardziej kompetentną osobą, jeśli chodzi o ten temat. Ja kiedyś wymyśliłem książkę dla dzieci pod tytułem Jak robić przekręty. Dzieci, ucząc się języka, tak jak uczą się chodzić czy posługiwać się nożem i widelcem, popełniają zabawne błędy. Przy okazji jednak współtworzą język, bo wprowadzają różnego rodzaju neologizmy, które potem przez długie lata funkcjonują w ich rodzinach. Dlatego mój pomysł był taki, żeby rodzice nie poprawiali dzieci, nie bili ich po łapach, nie kazali im klękać na grochu, tylko żeby spisywali te słowa. W czasie, kiedy pracowałem nad tą książką, zostałem zaproszony do programu Dzień Dobry TVN i poprosiłem, żeby rodzice przysyłali zabawne słowa swoich dzieci. Zatkaliśmy serwery TVN-u. W ciągu godziny dysponowałem materiałem, który w normalnych warunkach językoznawcy zbieraliby parę lat. Coś nieprawdopodobnego. Trzy czy cztery tysiące bardzo ciekawych słów, w tym cudownych przekrętów, także – nazwijmy to tak – języka religijnego, choć może trzeba by było powiedzieć kościelnego. To były słowa usłyszane podczas śpiewania kolęd, które są napisane bardzo archaicznym językiem, i różnego rodzaju pieśni kościelnych – umówmy się – na różnym poziomie literackim. W każdym razie jest mnóstwo słów dziecięcych, które pokazują, że jest to język hermetyczny, trudny i tak naprawdę abstrakcyjny. Dzieci mówiły na przykład: Pana naszego Jezusa Chytrusa. Nawet dostało mi się za to po głowie, kiedy napisałem o tym w gazecie. Ktoś uznał, że to bluźnierstwo. A to jest po prostu sprowadzenie czegoś nieznanego do czegoś znanego. Tak samo jak pod Poncjuszem Piratem – bo przecież każde dziecko wie, kto to jest pirat. A Piłat? No i jeszcze jako i my opuszczamy…

Jest też śliczna panda, która syna kołysała.

O tak! Jeśli chodzi o Matkę Bożą, mam swój ulubiony przekręt pochodzący z pieśni maryjnej: „Matko Niebieskiego Pana/ Pięknaś i niepokalana…”.

No i…?

Dziecko śpiewało: „Pięknaś ino po kolana”.

Język kościelny jest trudny, niezrozumiały, więc w oczywisty sposób dziecko próbuje go przełożyć na coś, co rozumie.

Mówienie o rzeczywistości duchowo-religijnej samo w sobie jest trudne…

Ale my w ogóle o tym nie mówimy. Piłat jest postacią historyczną. Równie dobrze dziecko mogłoby przekręcić Aleksandra Wielkiego. Problem polega raczej na tym, że za słowem nie idzie wyjaśnienie. Że ono nie ma odwołania, że nie ma edukacji, nie ma opowiadania. Doskonale wiemy, że w Polsce Pisma Świętego się nie czyta. W ogóle w tradycji katolickiej Biblia jest podawana nam przez księdza, który tłumaczy wiernym, co tam jest napisane. Oczywiście są czytania, które słyszymy w kościele. Ale generalnie więcej jest interpretacji niż tekstu, w przeciwieństwie na przykład do kultury protestanckiej.

A może gdybyśmy o rzeczywistości kościelno-religijnej zaczęli mówić prościej, to w ocenie wielu byłoby to spłycenie tej rzeczywistości?

To najlepiej od razu wróćmy do łaciny. Też byłbym za tym. Sursum corda!

Obok słów zabawnych, przekręconych, mamy też w języku kościelnym słowa dziwne… W kościele się nad czymś pochylamy, do kościoła wkraczamy, pełnimy w nim posługę, a o mężu Maryi, Józefie, mówimy, że był jej oblubieńcem. Teologicznie i logicznie wszystko jest OK. Ale dla słuchacza…

…jest odklejone od rzeczywistości, a przez to mało zrozumiałe. Znam księży, którzy mają świadomość, że są uwikłani w język pokryty patyną patosu, ale potrafią go dostosować do języka, który jest nam bliski, bo się nim posługujemy. Dam przykład spoza ambony. Kiedyś zupełnie przypadkowo i nawet trochę wbrew sobie prowadziłem kurs retoryki dla matek przełożonych zakonów. Rozmawialiśmy o metaforze – jak się nią posługiwać, co to jest topos, co to archetyp, jak można się do tego odwołać. Tłumaczyłem, że użycie metafory nie wymaga szczególnej erudycji. Po zakończeniu zajęć podeszła do mnie zakonnica i mówi, że prowadzi lekcje religii w domu dziecka. I że miała ogromny problem z podstawową metaforą mówiącą o Panu Bogu, że Pan Bóg to jest ojciec. Dla większości dzieci z domu dziecka jest to albo pusty znak, albo się kojarzy negatywnie, a więc i niefortunna metafora. I ona wymyśliła swoją, ale nie jest pewna, czy może jej używać i mówić o Panu Bogu jako (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Michał Rusinek - ur. 1972, literaturoznawca, tłumacz, pisarz. Dyrektor Fundacji Wisławy Szymborskiej. Przez piętnaście lat był sekretarzem noblistki. Adiunkt w Katedrze Teorii Literatury na Wydziale Polonistyki UJ, napisał m.in. "Między retoryką a retorycznością"; "Retoryka obrazu. Przyczynek do percepcji teorii figur"; "Nic nadzwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej"; "Jak przekręcać i przeklinać. Poradnik dla dzieci"; "Pypcie na języku". Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

ZACHWYT I ROZPACZ PIOTRUSIA PANI

PO KROPCE

Zmarli to moi przyjaciele

A gdy będziemy razem w niebie

Poddaj się, żeby wygrać


komentarze



Facebook