ODKURZANIE WIARY
Praca zdalna, wypiekanie chleba i rozwiązywanie równań trzeciego stopnia - oto kilka umiejętności, jakie nabyliśmy w czasie pandemii. A czy nauczyliśmy się czegoś odnośnie do naszej wiary?

Tomasz Grabowski OP

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, opuszczając oddział intensywnej terapii, wyznał z rozbrajającą szczerością, że w wieku pięćdziesięciu sześciu lat dzięki leczeniu na COVID-19 po raz pierwszy na poważnie zdał sobie sprawę z własnej śmiertelności. Nie jest to szczególnie zaskakujące wyznanie – można nawet powiedzieć, że jest ono typowe dla człowieka Zachodu, który, żyjąc w dość spokojnych czasach, zachowuje się tak, jakby był kuloodporny. Jest jak nastolatek, który nie bierze pod uwagę tego, że właśnie jego może spotkać nieszczęście, gdy z urwistego brzegu jeziora wykona ryzykowny skok na główkę. Przekonany o własnej sile, sprawczości i wystarczalności podejmuje kolejne wyzwania. Skupiony na tym, co jest mu znane, konkretne i przyjemne, dzień za dniem odsuwa się od tego, co tajemnicze, metafizyczne i trudne. Odniesienie do wieczności skłaniające ludzi przez całe wieki do tego, by szukać oparcia w Bogu, odwoływać się do Jego opieki, przestało go interesować. Ludzie co prawda umierają – czy to z przyczyn naturalnych, czy też na skutek nieszczęśliwych wypadków, ale, nie oszukujmy się, śmierć nie spędza mu snu z powiek.

Jesteśmy ludźmi Zachodu, a to, że czytamy pisma poświęcone życiu chrześcijańskiemu, modlimy się czy chodzimy w niedzielę do kościoła, nie uodparnia nas na zmiany mentalności, które dokonują się w sytym społeczeństwie. Skupienie na sprawach tymczasowych i nadanie im znaczenia dużo większego, niż na to zasługują, dotyczy tak samo wierzących, jak i niewierzących. System wartości jest podobny do organizmu. Gdy brakuje przeciwciał, spada odporność, ponieważ system immunologiczny w sterylnych warunkach traci zdolności obronne. Analogicznie – gdy życie toczy się bez większych wyzwań, osobista ochrona wartości, zdolność do oddawania im odpowiedniego miejsca, ulega atrofii. W wypadku pojedynczych osób proces ten przerywają przeżywane nagle tragedie, a w skali społecznej – nieszczęścia globalne. Światowy kryzys obnaża iluzoryczność struktur, które budujemy, rozwiewa pozorny brak ograniczeń nieustannego postępu, a to, co było zasadniczą treścią życia, ukazuje jako kruche. Niewielki wirus był w stanie zatrząść w posadach światem, który ogranicza się do tego, co materialne i tymczasowe.

Dlatego niektórych może skłonić do ponownego zwrócenia się ku temu, co nie przemija, co jest wiecznie trwałe i daje nadzieję na spełnienie pomimo bieżącego niepokoju, niewygody i cierpienia. Epidemia i wiążące się z nią obawy mogą odsłonić ciasnotę perspektywy, w której usilnie upatrujemy celu swojego życia. Odkryta tymczasowość tego, co na ziemi, może rozszerzyć horyzont na tyle, by w nagrobku nie widzieć kresu, a jedynie próg, po którego przestąpieniu czeka nas inne życie. Przyznajmy, niepokojące jest myślenie, że aby skierować ludzi ku wieczności, trzeba wstrząsnąć posadami ich teraźniejszości. Może się wręcz wydawać, że takie „nawrócenie” na transcendencję jest płytkie, wynika z lęku, niedostatku, a zatem jest jedynie ucieczką od tego, co dziś. Brak tu wzniosłości i rozmachu nawracających się grzeszników, z których wyrastali wielcy święci, ponieważ spotkali żyjącego Boga. Zalęknieni poszukiwacze trwalszej rzeczywistości przypominają raczej rozbitków, którzy aby nie utonąć, łapią się byle czego. Owszem, ale może i nasza sytuacja jest bardziej opłakana, niż w pierwszym odruchu bylibyśmy w stanie przyznać? Może odwrócenie się od wartości wiecznych jest na tyle poważne, że potrzebujemy wstrząsu na zupełnie fundamentalnym poziomie? Czy naprawdę jesteśmy aż tak subtelni, że czujemy się upokorzeni, gdy sami zachowujemy się w myśl starego powiedzenia: „Jak trwoga, to do Boga”?

Zbawienie znaczy więcej niż zdrowie

Zdrowie i życie ludzkie nie są wartościami najwyższymi. Wiem, że takie postawienie sprawy wydaje się obrazoburcze. Przecież Kościół chroni życie człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci. Tworzył pierwsze szpitale i rozwijał medycynę, na przestrzeni dziejów opiekował się ofiarami niemal każdej śmiertelnej choroby we wszystkich zakątkach świata, nakazywał odwiedzać chorych i dbać o umierających. Można stworzyć długą listę przykładów świadczących o tym, że Kościół nieustannie wzywał i pokazywał, jak należy cenić życie i zdrowie ludzkie. Nie przestaje tego robić i dzisiaj. Nie zamierzam kwestionować oczywistej prawdy. Niemniej pandemia zmusiła wiernych do zadania sobie pytania o to, co jest wyższą wartością: zdrowie czy dostęp do sakramentów, zdrowie czy wspólna modlitwa w świątyni, zdrowie czy trwanie przy łóżku umierającego, by w odpowiedniej chwili udzielić mu odpuszczenia grzechów i namaszczenia?

Wszyscy mierzyliśmy się z pytaniem o to, na ile powinniśmy ograniczyć wspólnotowy wymiar przeżywania wiary na rzecz rozsądnego podejścia do zagrożenia. Ciekawe, że roztropność podpowiadała rozwiązania skupione wyłącznie na ograniczeniu liczby zachorowań. Najczęściej pomijano chociażby psychologiczny aspekt gromadzenia się na modlitwie lub Eucharystii, a przecież wzmocnione morale ma niebagatelne znaczenie w walce z zagrożeniem, prawdopodobnie znacząco też wpływa na odporność organizmu. Roztropność ignorowała prawo jednostki do decydowania o tym, co dla niej najważniejsze, podobnie jak nie była zainteresowana świadectwem prześladowanych chrześcijan, którzy pomimo realnego niebezpieczeństwa śmierci spotykają się jawnie lub skrycie na wspólnie odprawianej mszy. Nierzadko możliwość dzielenia przez nich losu męczenników jest o wiele realniejsza niż możliwość zarażenia się wirusem. Nasi bracia i siostry dzień w dzień narażają swoje rodziny, a niekiedy nawet całą miejscową ludność, by nie być pozbawionymi dostępu do Eucharystii. Czy pozbawieni są rozsądku? Wydaje się, że w czasie epidemii zdrowie i eliminacja zagrożenia życia stały się nadrzędnymi i jedynymi wartościami, które warto było wziąć pod uwagę. Chwalebne jest, że chronimy swoje i cudze zdrowie, ale coś niepokojącego jest w tym, że dzieje się to kosztem dostępu do sakramentów.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Tomasz Grabowski OP - ur. 1978, dominikanin, prezes Wydawnictwa W drodze, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Punkt widzenia

CZAS SEKSUALNEGO MILCZENIA

ODKURZANIE WIARY

Oto wzór!

Katolicyzm funduje się na wierności


komentarze



Facebook